dsc05116

Legendary Encounters: A Firefly Deck Building Game – unboxing i pierwsze wrażenia

20. września 2002 roku wyemitowano pierwszy odcinek serialu sci-fi, który miał zmienić oblicze gatunku. Świetna obsada, zdolny twórca, interesujący pomysł na fabułę. Niestety po wyemitowaniu kilku odcinków, z bliżej nieznanych do dziś powodów, serial został skasowany. Nie, nie był to Wormhole Extreme – tym dziełem był Firefly. Dziś ma on status legendy, fanów na całym świecie i sporą ilość produktów licencjonowanych od zabawek, przez komiksy, aż po gry planszowe. W tym roku wydawnictwo Upper Deck zdecydowało wydać się swoje Legendary Encounters osadzone w świecie kosmicznego westernu. Zapraszam na unboxing i pierwsze wrażenia z rozgrywki.Pudełko po wyjęciu z paczki kurierskiej wyglądało na porządne i w przeciwieństwie do takiego SeaFalla nie można było przyczepić się do jakichkolwiek zagięć, czy rozerwanych boków. Oczywiście folia nie była w stanie oprzeć się nożom kuchennym z Ikei i tak naszym oczom ukazała się zawartość Firefly’a.

Od razu uprzedzę, że paczki koszulek na karty zostały przeze mnie zakupione oddzielnie i producent nic takiego nie zapewnia. Mimo wszystko na zawartość pudełka nie ma co narzekać. Gra jest do dostania za około 220 zł, a zawiera pół tysiąca kart i FENOMENALNĄ matę do gry.

Wszystko jest ładnie poukładane, karty są dobrze zabezpieczone, a w pudełku znajdujemy również instrukcję. Zasady są podobne jak w poprzednich grach z serii Legendary, ale zawierają dedykowane Firefly’owe mechaniki.

Tak wyglądają wszystkie elementy wyjęte z pudełka:

Jeszcze nierozpakowane nie powodują jakiegoś przerażenia. Trochę stresujące są ostrzeżenia z BGG co do możliwości posiadania niekompletnego egzemplarza – wiem, że Upper Deck wszystkie karty dosyła, ale brak kilkunastu kart w takiej grze byłby bolesny i uniemożliwiałby w zasadzie pełną rozgrywkę…

Na razie rzućcie jeszcze okiem na tę matę. Wszystko ładnie uporządkowane, jakość w dotyku bardzo dobra, a do tego jeszcze ta Serenity. Fani będą czuć się jak w domu.

Czas wyjąć karty z folii zabezpieczających, posortować je i przeliczyć.

No dobrze jest wszystko, ale ile czasu zajęło samo sortowanie! Jeszcze trzeba to wszystko zakoszulkować…

Przyjrzyjmy się co my tu mamy. Na pierwszy rzut niech idą karty avatarów:

Tutaj jest naprawdę bardzo dobrze i nie można krytykować artysty odpowiadającego za te konkretne wizerunki.
Do każdej postaci poza kartą avatarów mamy jeszcze karty z talii crew deck, które wchodzą do gry, gdy dana persona nie została wybrana jako main character w aktualnej partii.

Dalej mamy talie epizodów. Każda gra jest podzielona na 3 odcinki, które trzeba przejść, żeby odnieść zwycięstwo w rozgrywce. Każdy epizod ma swój cel, zestaw przeciwników i wydarzeń, dzięki czemu naprawdę odgrywamy wydarzenia znane z serialu na naszym stole.

Do tego dochodzą jeszcze karty talentów, wad, nieuniknionych wrogów, karty shiny i misbehave (tutejsza podstawowa waluta i siła w walce), ulepszenia i uszkodzenia statku i prace poboczne. Poziom jest niższy niż kart avatarów, ale nie nazwałbym go odpychającym.

Zastanawiacie się teraz – na co ludzie tak narzekali? Gra może nie jest piękna, ale miała mieć odrażające grafiki! Cóż… spójrzcie na karty ran…

To jest autentyczny dramat. Nawet nie jestem pewien kto jest przedstawiony na tych kartach, mogę się tylko domyślać. Osoba odpowiedzialna za te grafiki, zrujnowała robotę pozostałych artystów. Szkoda, że przez tę chałturę, część potencjalnych nabywców zrezygnuje z zakupu…

Pierwsze wrażenia

Szkoda bo gra jest naprawdę dobra. Dotychczas udało nam się zagrać kilkukrotnie pierwsze trzy epizody (pilot serialu jest podzielony na dwie talie epizodów) w składach od dwóch do czterech graczy. Każda rozgrywka była inna, każda była zajmująca i – nie bójmy się tego słowa – ekscytująca.

Partia zajmuje około godziny do półtorej. Przy założeniu, że idzie nam dobrze i rozegramy pełne trzy epizody. Bo musicie wiedzieć, że gra jest naprawdę trudna i każda partia stanowi wyzwanie, niezależnie od liczby graczy. Pomaga dobry wybór składu osobowego do konkretnego zadania, ale to wymaga już ogrania, gdyż sugerowane w instrukcji zespoły nie są optymalnym wyborem.

Ja Legendary Encounters Firefly jestem aktualnie zachwycony. Gra jest prosta, ale i wymagająca. Ceni doświadczenie, ale nie jest nieprzystępna dla nowych graczy. Pozwala wczuć się w klimat, ale nie jest za długa. Mechanicznie jest to poziom do jakiego przyzwyczaił nas Upper Deck, więc wiecie czego się spodziewać.
Na chwilę obecną polecam, ale więcej będę w stanie powiedzieć w recenzji, po ograniu wszystkich epizodów.

Na razie poleca wam to Kruszon.