Raport poeŁPeGowy

Za nami 34. Łódzki Port Gier. Pierwszy po ukończeniu remontu dworca Łódź Fabryczna, więc żaden plac budowy już nikogo przychodzącego do Domu Kultury nie straszył. Wreszcie. Jak zwykle mieliśmy do czynienia z masą odwiedzających, zarówno wytrawnych graczy, jak i rodzin, czy zorganizowanych grup szkolnych. Do tego nasza niezastąpiona grupa żółtych koszulek, która całą imprezę nadzorowała i wylewała siódme poty podczas pracy przy wypożyczaniu i tłumaczeniu gier. Świetna i profesjonalna robota,  należy im się olbrzymi szacunek. Jak zwykle na ŁPGu obecne było stoisko zaprzyjaźnionego łódzkiego sklepu – Gralnii , a z wydawnictw pojawiła się Nasza Księgarnia w osobie Windziarza i Lucrum Games w postaci Tomka i Bartka. A jak ja spędziłem tę edycję Portu?

Alchemicy

Zaczęliśmy od popularnej gry Wydawnictwa Rebel. Szczerze mówiąc nie miałem specjalnej ochoty grać w ten tytuł, ale zostaliśmy wzięci szantażem. Jedynym aspektem który mnie zaintrygował była aplikacja będąca integralną częścią tego tytułu jako, że nie miałem wcześniej takiej sposobności. Tłumaczenie zasad było mordęgą. Miałem wrażenie, że głównym celem będzie dokładna analiza alchemonów. Niby tak jest, ale realnie grę wygrywa się poprzez strategiczne publikowanie mniej lub bardziej prawidłowych teorii oraz zdobywanie dających punkty stypendiów i artefaktów. Pewnie gdybyśmy bardziej się na tym skupili to byłoby ciekawiej, ale ja osobiście fanem suchych worker placementów nie jestem absolutnie i nie czuję potrzeby grania w tę grę drugi raz. Oczywiście aplikacja działa dobrze i poprawia regrywalność tytułu.

Ciężarówką przez Galaktykę

W grę Vlaady Chvatila grałem jakieś sześć, czy siedem lat temu. Podobało mi się, ale z jakiegoś powodu do tego tytułu nie wracałem. Teraz nie potrafię tego uzasadnić. Marysia bardzo chciała to przetestować i dobrze, bo świetnie się przy tym bawiliśmy. Tworzenie swojego gruchota jest niesamowicie dobrze przemyślane i samo w sobie sprawia niesamowitą frajdę. Wszystkie zalety Carcassonne zawarte w jednym elemencie gry. Później tym stateczkiem wylatujemy naprzeciw przygodzie. Rozwiązanie naszej podróży poprzez odkrywanie kolejnych kart jest świetnym pomysłem. Po drodze trafiamy na wszelkie kanoniczne dla gatunku niespodzianki – deszcze meteorytów, ataki piratów, strefy wojenne, opuszczone statki, zaludnione planety, czy stacje kosmiczne. Przede wszystkim jednak tracimy załogę, towary, najczęściej poruszamy się na kosmicznym biegu wstecznym, a nasz statek się rozpada. Nie znam drugiej gry, w której po utracie połowy pojazdu przy pierwszym rzucie kostką, zamiast irytacji pojawia się u tracącego śmiech i radość. Niesamowite. Podczas pierwszego lotu udało mi się co prawda dolecieć do mety, ale niestety po drodze straciłem cały swój zysk i towary, kończąc rundę z zerową zdobyczą punktową. Podczas drugiego etapu Marysia została trafiona dwa razy. Jej statek doleciał z jedną kapsułą załogi z astronautą, dwoma silnikami i jedną ładownią. Koniec. Cztery kafelki. W sumie jak się zastanowić to tyle wystarczy, ale stan statku był chyba gorszy niż Sokoła Millenium na Jakku. Świetna gra.

Obecność

Po wstępnych testach dwuosobowych nadszedł czas na grę w pełnym składzie. Sześciu rozbitków kontra jedna kreatura. Ja versus wszyscy. Poza mną i Marysią wszyscy grali pierwszy raz. Tłumaczenie zasad było błyskawiczne i bezproblemowe – pierwsza duża zaleta tej gry. Udało mi się złapać jednego rozbitka w pierwszej turze i stwierdziłem, że będę się zachowywał jak na Kreaturę przystało i będę go gnębił. Oczywiście nie zapomniałem o blokowaniu strategicznych terenów za pomocą kart, dzięki czemu przeciwnicy nie byli w stanie wysłać sygnału z plaży, ani uruchomić wraku statku. Świetne jest to, że nawet nowi gracze bardzo szybko uczą się przechytrzać polującego na nich stwora, odwiedzając nieoczywiste lokacje i broniąc się kartami przetrwania. Miałem oczywiście momentami sporo szczęścia i mimo dzielnej walki gracze zostali zasymilowani z Artemią nim doczekali przybycia misji ratunkowej. W rewanżu moja główna ofiara zagrała obcym. Tym razem mimo świetnej gry Kreatura została przez nas przechytrzona i patrzyła tęsknym wzrokiem jak czym prędzej opuszczamy jej planetę. Wygrać udało się dosłownie o włos, a gra była bardzo zacięta i wywołała bardzo pozytywne emocje. Niestety po czasie stwierdziłem, że źle siedzieliśmy – następnym razem osoba będąca drapieżnikiem będzie w centrum, żeby mogła każdego podsłuchiwać i podglądać swobodnie stos kart odrzuconych każdego ze współgraczy. Zbyt mało też jako rozbitkowie współpracowaliśmy i myślę, że da się tutaj wyciągnąć z gry więcej. Tytuł jest świetny, ale mam wrażenie, że w pełnym składzie jest odrobinę za duży chaos i na pięć osób powinien działać jeszcze lepiej. W chwili obecnej jestem Obecnością zauroczony i wydaje mi się, że mamy świetny tytuł na imprezy w gronie planszówkowych wyjadaczy jak i osób mało grających.

Jak Wściekłe Psy

Na koniec wzięliśmy się za Dead Last, który zostanie wydany już niedługo przez Lucrum Games, jako „Jak Wściekłe Psy”. Grupa od sześciu do dwunastu osób siada przy jednym stole i zaczyna do siebie strzelać. Zasady tłumaczy się poprzez rozegranie pierwszej rundy. Każdy gracz nominuje poprzez zagranie karty jednego z przeciwników do odstrzelenia. Osoba, która zostaje nominowana odpada z rundy chyba, że zagrał kartę pułapki bo wtedy wybiera jednego z graczy go typujących i to on odpada. Każdy kto nie zagłosował na główny cel w rundzie także odpada. Każdy kto przygotował pułapkę mimo, że nie był głównym celem również odpada. Ot czekając w ukryciu na atak tak się zestresował, że zafundował sobie przez przypadek strzał w głowę. Wszystko to trwa do momentu aż zostanie jedynie dwójka żywych graczy. Wtedy na stole pojawia się łup – cztery skarby – i następuje ostateczna rozgrywka. Obaj gracze otrzymują trzy karty: share, steal i grab one and go. Jeśli jeden i drugi zagra podział to każdy bierze sobie dwie karty ze złotem. Jeśli obaj zagrają kradzież to żaden z nich nic nie dostanie, a każdy z pozostałych grających otrzyma jedną kartę skarbu. W wypadku gdy obaj zagrają zabranie jednej karty i ucieczkę to dwie z kart powracają z powrotem do puli ogólnej. Jednakże jeśli został zagrany Steal z Sharem to osoba, która zagrała tę pierwszą kartę bierze wszystko. Steal lub Share z Grab one and go powoduje podział 3:1. To już wszystkie zasady.

Co najciekawsze dozwolona jest dowolna forma komunikacji, przekupstwa, obietnic i gróźb. Gra jest absolutnie banalna, ale powoduje niesamowite emocje. Zagraliśmy dwie pełne gry i łącznie z tłumaczeniem zasad zajęło nam to łącznie góra czterdzieści minut. Może nawet mniej. Jedna partia spokojnie zamknie się w dwudziestu minutach. Będzie to czas kombinowania, spiskowania i łamania obietnic. Czasem ten, który się pomyli wygra. Często mimo świetnego planu i będąc przekonanym, że kontrolujemy wszystko przy stole, odpadniemy jako stuprocentowy cel w pierwszej rundzie.

Świetny tytuł, choć bardzo prosty, idealny na imprezy i do pubów z planszówkami.

Piotrkowska

Na koniec sobotniego pobytu na Łódzkim Porcie Gier, jako odpowiedzialni przedstawiciele organizatora, zdecydowaliśmy się zaprowadzić Bartka, Tomka i Windziarza na jakieś ciepłe jedzenie. Przestroga na przyszłość – bez rezerwacji ciężko jest znaleźć lokal z porządnym jedzeniem i wolnymi miejscami. Przemierzyliśmy całkiem spory odcinek Piotrkowskiej i wszędzie wszystkie stoły były zajęte. Moje wybory miejsca idealnego na obiadokolację obniżały swój oferowany standard po każdym odbiciu się od „przykro mi nie mamy wolnego miejsca”. W końcu znaleźliśmy przybytek, który może nie jest najlepszą wizytówką kulinarnej Łodzi ale miał tę ogromną zaletę, że było gdzie usiąść. Za to kulturalny lokal, oferujący wygodne kanapy, schludne stoły i ciekawy asortyment płynów dla kierowców amatorskich i zawodowych nie zawiódł. Mam nadzieję, że Panowie nie zrazili się długimi wędrówkami po jednej z najdłuższych ulic w Europie i jeszcze do Łodzi zawitają. My serdecznie zapraszamy.

  • Windziarz

    było smacznie, dzięki