TOP10 gier, które poznałem w 2018 roku

Minęła prawie połowa lutego, a ja się nadal nie rozliczyłem z zeszłego roku! Tym razem postanowiłem zaczekać z przewidywaniem, co może być tegorocznym hitem, bo w zeszłych latach szło mi to nadzwyczaj marnie. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, żeby podsumować gry, które poznałem w zeszłym roku. Było ich dość dużo, a wśród nich znalazły się zarówno tytuły świetne, jak i te niekoniecznie udane. Dzisiaj skupię się na tych należących do pierwszej grupy. Zapraszam!

W 2018 roku zagraliśmy łącznie co najmniej 441 partii w 111 tytułów. Najwięcej – bo aż 29 razy – na stole wylądowały Gejsze. Muszę też wyróżnić drugie miejsce – 21 rozgrywek w Zamki Burgundii, co pokazuje jak bardzo nam przypadł do gustu ten tytuł, bo nie należy on do krótkich. Po tym zwięzłym statystycznym podsumowaniu, czas przejść do listy dziesięciu najlepszych gier poznanych przeze mnie w 2018 roku. Nie ograniczam się do gier wydanych w zeszłym roku. Nie jest to też mój to pwszechczasów, bo ile razy można pisać o Twilight Imperium. Pierwsza dziesiątka prezentuje się następująco:

10. Wojna o Pierścień/Bitwa Pięciu Armii

No i już na samym początku dwie gry okupujące jedno miejsce. Takie to oszukańcze TOP 10. Powód mam jednak całkiem dobry – obie te gry są osadzone w świecie wykreowanym przez Tolkiena i mechanicznie są dość podobne. Oczywiście Wojna o Pierścień to duża gra wojenna o konflikcie Wolnych Ludów Śródziemia z Sauronem i jego sojusznikami, a Bitwa Pięciu Armii to bardziej planszowy bitewniak, o potyczce znanej ze stronic Hobbita. Odczucia z rozgrywki są jednak podobnie – jest epicko, zastosowane rozwiązania są typowe dla gier wojennych, które bardzo mi odpowiadają. Władca Pierścieni/Hobbit na planszy? Jak najbardziej. Dodam też, że w pojedynku z Gwiezdnymi Wojnami na planszy, czyli Rebelią, to Pierścień wychodzi z tego zwycięsko.

9. Churchill

Serce podpowiadało, żeby Churchill wylądował wyżej. Zagrałem w niego na razie tylko jedną rozgrywkę i muszę go jeszcze dokładniej poznać, żeby obsypać go należnymi laurami. Sama partia była jednak fenomenalna, o czym mieliście okazję przeczytać w tekście z pierwszymi wrażeniami. Gra robi świetnie to, co uwielbiam w tytułach wojennych – w przystępny sposób przekazuje historię świata. Wszystkie zastosowane mechaniki idealnie współgrają z tematem, a rozgrywka jest relatywnie szybka i przebiega bardzo płynnie. Nie jestem w stanie kategorycznie wypowiadać się na temat balansu po jednej grze, ale wygląda na to, że była dobrze przetestowana. Każdą nację prowadzi się odrobinę inaczej, ale szanse wyglądają na wyrównane. Mam nadzieję, że w 2019 roku będę miał więcej okazji do handlowania innymi krajami w Jałcie.

8. Amazonki

Jak to? – krzyknęli stali czytelnicy bloga. Dałem dychę w recenzji, a wylądowała dopiero na ósmym miejscu? Dziesiątka wpadła w kategorii gier imprezowych i żadna inna imprezówka wyżej się nie dostała. Do TOP 10 Amazonki się zmieściły, ale z pozostałymi siedmioma tytułami po prostu nie miały szans.  Jest to genialny filler, dla mnie usuwa Sabotażystę z kolekcji i mogę w to zagrać w każdej grupie, nieważne czy będą to zaawansowani gracze, niedzielni planszówkowicze, czy totalnie niegrający. Nadal jest to jednak tylko imprezówka i wyżej niż do ósmego miejsca nie podskoczy.

7. Kroniki Zbrodni

Tak dobrze oceniona gra w recenzji, ląduje dopiero na siódmym miejscu? Co takiego w takim razie jest wyżej? Jeśli nie przewinęliście jeszcze strony do samego końca to uzbrójcie się w cierpliwość, a ja krótko napiszę o Kronikach Zbrodni. Tytuł ten był dla mnie słabszy od Detektywa, ale nadal bardzo dobry. Bawiliśmy się świetnie, wykorzystanie aplikacji według mnie jest bardzo sensowne. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy uważają Kroniki za grę komputerową, a nie planszową, ale dla mnie to nie ma większego znaczenia. To po prostu znak czasu i używanie telefonu jest wygodniejsze niż wertowanie książki, czy szukanie odpowiednich kart. Nie jest to rozwiązanie pozbawione wad, ale nadal mam bardzo pozytywne odczucia z rozgrywki w Kroniki i nie mogę się doczekać rozszerzenia Noir.

6. Near and Far

Górą i Dołem było ciekawą grą, której czegoś jednak brakowało. Było zbyt słabym euro, żeby cenić ją za samą „górną warstwę”, a historie były jakby niedokończone i powtarzalne, więc „dolna warstwa” też nie dojechała. Ryan Laukat w Near and Far uprościł system mechanicznie, rozwinął element przygodowy, dodał tryb kampanijny i… gra się w to bardzo przyjemnie. Jest to świetna rozrywka, zasady są bardzo proste – nawet prostsze niż w Górą i Dołem – ale wszystko się genialnie zazębia. W poprzedniku najbardziej doskwierał brak konkluzji historyjek. Near and Far każdy paragraf ma swoje rozwinięcie i zakończenie, a na dodatek wprowadzono też rozbudowane historie, ciągnące się przez kilka wydarzeń. Świetny tytuł, który w 2019 zostanie wydany przez Wydawnictwo Bard.

5. Troyes

Najstarszy tytuł na liście. Oryginalnie wydany w 2010 roku, w Polsce nakładem Rebela ukazał się w 2016. Miałem okazję pierwszy raz zagrać dopiero w 2018 i… niezwłocznie zamówiłem dodatek w języku angielskim. Ladies of Troyes czyni fenomenalną grę jeszcze lepszą! Mamy tu olbrzymią liczbę możliwych kombinacji ustawienia początkowego, dostarczonych w sposób bardzo prosty i nie wymagający dwudziestominutowego układania planszy. Tytuł ten jest bardzo regrywalny i co ciekawe jest to bardzo klimatyczne euro! Działanie kart w Troyes jest sensownie powiązane z ich nazewnictwem. Grafiki są w klimacie średniowiecznych witraży, a całość jest osadzona w tym okresie historycznym. Z każdą kolejną rozgrywką gra mi się w to coraz przyjemniej i jedynym (aczkolwiek sporym) minusem jaki widzę jest znaczny wpływ szczęścia na wynik gry. Ktoś rzucający same szóstki będzie siłą rzeczy w uprzywilejowanej pozycji, wobec kogoś kto na kości będzie uzyskiwał gorsze wartości.

4. Welcome To…

Nie interesowałem się Roll & Write’ami. Na jednym z konwentów Welcome to okazało się wielkim sukcesem, ale do mnie to nie trafiało i nawet nie zdecydowałem się spróbować. Gra dla od jednego do stu osób? To na pewno nie dla nas. Jakże się myliłem… Roll & Write bez kości działa po prostu perfekcyjnie. Partia jest szybka, zasady są banalne, wszystko zależy od nas i mamy tu idealny balans. Wersja angielska była dość droga, dlatego cieszę się, że Wydawnictwo Rebel w 2019 roku lokalizuje ten produkt. Zdecydowanie polecam wszystkim zainwestowanie w swój egzemplarz Welcome To…, bo jeszcze nie spotkałem osoby, której by się ta gra nie spodobała. Wiem, że kilka graczy, którzy poznali ją w październiku, zdążyło już swój notesik wyczerpać i muszą czekać na zamiennik. To chyba najlepsze podsumowanie tego, jak wciągający jest to tytuł.

3. Zamki Burgundii

Nie jestem fanem Stefana Felda. Wydaje suche gry, które mechanicznie zwykle mnie nie przekonują. Jorvik był dla mnie totalną porażką, a w zeszłym roku poznałem przeciętne Forum Trajanum i niezłe Carpe Diem. Nie spodziewałem się, że Zamki Burgundii podbiją moje serce, ale w wariancie dwuosobowym jest to euro niemalże idealne. Gra jest dynamiczna, pozwala na sporą dawkę planowania, wynagradza przemyślane zagrania, ale wymaga też reagowania na bieżącą sytuację na planszy. Wszystko działa perfekcyjnie, szkoda tylko braku jakiegoś sprawiedliwego mechanizmu dystrybucji kafelków w dwuosobowej rozgrywce. Ciężko w tak krótkim tekście przekazać geniusz tej gry – zapraszam do mojej recenzji Zamków Burgundii.

2. Dominant Species

Co się stanie jeśli wydawnictwo znane z gier wojennych – GMT Games – weźmie na tapet eurogrę o rywalizacji gatunków w ciężkim klimacie epoki lodowcowej? Wyjdzie z tego Dominant Species, czyli najbardziej wojenna z eurogier. De facto nie mogę nazwać tego tytułem typowo wojennym, ale czy na pewno aż tyle do tego brakuje? Mamy tu konkretny konflikt między różniącymi się frakcjami, niejednokrotnie brutalnie rozwiązywany. Musimy rozszerzać swoje terytoria, przystosowywać się do panujących warunków, zdobywać nowe źródła pokarmu i dążyć do dominacji naszego gatunku w kurczącym się świecie. Co ciekawe Dominant Species spełnia też założenia gier 4X:  eksplorujemy, eksterminujemy, ekspandujemy i eksploatujemy. Co ważne wcale nie jest tak ciężki jak się o nim mówi – po zakończonej partii jestem w stanie spokojnie zagrać w coś jeszcze, choć może rewanż w Dominanta nie wchodzi w grę. Genialna gra, która ma szansę zamieszać w moim TOP 3 ulubionych gier planszowych.

1. Detektyw

Pozwólcie, że zacytuję swój werdykt z recenzji Detektywa: 

Na początku stwierdziłem, że Detektyw to gra którą bardzo ciężko mi ocenić. Jak na standardy recenzenckie oceniam gry dość nisko, a niektórzy twierdzą, że nawet czepliwie. Przy całym ogromie zalet Detektywa, niesamowitym klimacie, wciągającej historii i poczuciu grania w rzecz innowacyjną, nie mogę udawać, że nie zauważam pewnych wad. Ograniczenia komponentów pozwalają odrobinę oszukiwać grę. Czasem wymogi mechaniczne są niesprawiedliwe, czasem fabuła idzie na skróty. Beznadziejne są filmiki wprowadzające nas do scenariusza – prezentują poziom „przed przerwą w Trudnych Sprawach” i lepiej gdyby ich nie było. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że wystawiam pierwszą ocenę 10 (z takim małym minusikiem) w historii tego bloga. W Detektywa mógłbym grać codziennie i jeszcze długo by mi się to nie znudziło. Na chwilę obecną jest to gra roku i chyba tylko Sherlock ma szansę rzucić mu rękawicę.

Jako, że Sherlock ukazał się dopiero w 2019 roku, to Detektyw zostaje moją grą roku 2018. Tutaj nie ma co się powtarzać, nie ma co rozpisywać. To było najlepsze planszowe doświadczenie ubiegłego roku i nie mogę się doczekać kolejnych przygód w świecie Detektywa.