Na Skrzydłach – ostatnie wrażenia…

Na Skrzydłach to dopiero druga gra Elizabeth Hargrave. Pierwszą był tytuł PNP Tussie-Mussie, który został dobrze przyjęty przez graczy w USA, ale prawdziwym hitem stał się dopiero Wingspan. Gra przebojem wbiła się do pierwszej setki rankingu BoardGameGeeka. Na pewno o niej słyszeliście, kojarzycie fantastyczną wieżę na kości w kształcie karmnika oraz fakt, że pierwszy druk rozszedł się w Polsce niemalże od ręki. Czemu więc ten tekst to ostatnie, a nie pierwsze wrażenia!?

Zacznijmy od pozytywów. Ta gra jest przepiękna! Nawet mój daltonizm i wątpliwe poczucie estetyki pozwalają mi docenić wykonanie tego tytułu. Wieża na kostki to prosty, acz fantastyczny pomysł. Przykuwa wzrok, promuje produkt, a jednocześnie spełnia swoją rolę. Grafiki ptaków są świetnie. W pudełku znajdziemy masę kolorowych jajek, organizer, karty stylizowane na stronice książki ornitologa, a wszystko to za relatywnie niskie SCD. Do tego mamy genialny materiał, na którym wydrukowano instrukcję. Wykonanie to olbrzymi plus Na Skrzydłach.

Zasadyproste i przystępne. Instrukcja jest dobrze napisana i jasno tłumaczy każdą z faz. Po szybkim wytłumaczeniu, żaden nowicjusz nie będzie miał z Na Skrzydłach problemu. Jak się w to gra? Każdy ma swoje kostki akcji, które będzie wykorzystywać do aktywacji jednego z trzech siedlisk ptaków, albo na dołożenie nowego ptaka do jednego z tych obszarów. Każdy kolejny zwierzak daje nam nowe możliwości i zwiększa podstawową siłę danej akcji. Koszt zasiedlenia to jedzenie wyszczególnione na dokładanej karcie i jajka znajdujące się na wcześniej położonych ptakach.

Jak mógłbym podsumować mechanikę Na Skrzydłach? Losowość. Wszechobecna losowość. Losowy jest pierwszy dociąg kart ptaków. Ma on olbrzymie znaczenie dla dalszej gry, ale o tym jeszcze później. Widzieliście ile w pudełku jest kart ptaków? Sto siedemdziesiąt. Ile wejdzie do gry? Mniej niż połowa, często nawet nie ćwiartka. Dociąg kart w czasie rozgrywki? Wybór z trzech kart na stole, albo w ciemno. Karty bonusowe? Wybór jednej z dwóch, ewentualnie kolejne dochodzą w czasie rozgrywki, ale ta opcja również jest losowa. Czym płacimy za ptaki? Jedzeniem. Jak zdobywamy jedzenie? Losowo.

Wróćmy do początkowego doboru kart. Jak masz szczęście i dostaniesz silną kartę, która będzie Ci dobrze działać przez całą rozgrywkę to masz olbrzymią przewagę. Jeśli masz pecha i dostaniesz same słabe karty, to cóż… Ciężko będzie coś sensownego z tym robić. Oczywiście można liczyć, że w czasie rozgrywki dojdą nam dobre karty, które stworzą nam idealne kombo. Wpływu na to nie mamy żadnego, możemy co najwyżej zwiększać prawdopodobieństwo pozyskując większą liczbę kart, ale nadal wszystko zależy od szczęścia i pecha

Skupmy się teraz na kartach bonusowych, które dają nam spore ilości punktów na koniec rozgrywki. Zaczynamy grę wybierając jedną z dwóch. Na koniec partii otrzymamy premię za zebranie określonych na karcie zasobów. Np. musimy posiadać konkretną liczbę ptaków z geograficzną nazwą w tytule. Jak zdobyć więcej kart bonusowych? Wystawiając ptaki, które takie karty dają. Oczywiście zakładając, że takowe trafią do naszej talii. Podsumowując – losowo musimy dobrać kartę ptaka, dającego nam losową kartę bonusu, która punktuje za losowo zdobywane rzeczy. Owszem mamy minimalny wpływ na to, co zbieramy w czasie rozgrywki i jest to pewien rodzaj optymalizacji, ale pech i szczęście grają to zbyt dużą rolę. Na obronę tego elementu zaznaczę, że każda z nich ma zaznaczone ile procent talii spełnia jej warunki, więc możemy wybrać te dające większe prawdopodobieństwo zdobycia bonusu. Niestety mieliśmy partię, podczas której koleżanka dążyła do wypełnienia celu spełnianego przez 20% talii (dużo na tle pozostałych). Niestety w grze pojawiły się tylko dwie takie karty…

Kolejną metodą przybliżającą wygraną jest wykorzystanie kart drapieżców. Są to ptaki, które punktują za dobieranie gatunków o mniejszej niż wyszczególniona rozpiętości skrzydeł, lub zdobywających konkretne pożywienie. Na koniec gry potrafią dać dość dużą liczbę punktów. Problem jest taki, że najpierw trzeba zdobyć takiego ptaka, a następnie on musi mieć szczęście w polowaniu. Klimatyczne? Tak. Sprawiedliwe? Absolutnie nie. Pamiętam rozgrywkę, gdzie mój drapieżnik zdobył takich punktów dziesięć, a przeciwnicy nie przekroczyli dwóch. Przy bardzo podobnej liczbie prób…

Co jeszcze mi się nie podoba? Strategia „na jajka”. Po wystawieniu odpowiedniej liczby ptaków, najlepiej posiadających odpowiednio duże gniazdo, pod koniec rozgrywki bardziej opłaca nam się dokładać maksymalną liczbę jajek, niż robić jakiekolwiek inne akcje. Po co zagrywać ptaka, który da nam pewną liczbę punktów, skoro musimy za niego zapłacić jajkami? Każde takie jajeczko daje nam jeden punkt, jak pójdziemy w masówkę to nadrobimy straty do innych graczy. Nie mówię, że jest to strategia wygrywająca, ale całkiem niezła, a jednocześnie zbyt prostacka…

Nie rozumiem też czemu z każdą kolejną rundą spada nam liczba możliwych akcji. W pozostałych grach im dalej tym mamy więcej możliwych ruchów. Tutaj na etapie tworzenia podstaw silniczka mamy najwięcej możliwości, a im dalej w las tym mniej. Po każdej rundzie zostawiamy jedną kostkę symbolizującą możliwe akcje na oznaczenie naszej pozycji na torze celów. Są to dodatkowe punkty i jedna z niewielu możliwości bezpośredniej „interakcji” z pozostałymi graczami. Dobrze, że taki element istnieje, ale zmniejszająca się liczba akcji wygląda jak próba sztucznego skrócenia rozgrywki.

Wiem, że Na Skrzydłach zostało dobrze przyjęte w środowisku. Nie uważam, że gra jest zepsuta i otwarcie zła. Jednakże nie jestem w stanie tej wszechobecnej i powtarzającej się losowości przeskoczyć. Niewątpliwe walory estetyczne nie tuszują tego, że mechanika jest niezbyt dopracowana… Ja z partii w Na Skrzydłach nie czerpię żadnej przyjemności. Są zdecydowanie lepsze gry, które maja podobny czas rozgrywki. Nowi gracze też znajdą lepsze i ciekawsze gatewaye niż najnowsza gra SG. Gdybym miał oceniać w skali BGG byłoby to pewnie koło 4/10 – gra mi nie przypasowała, ale jakby ktoś mnie prosił, mogę w nią zagrać.

Kobiecym okiem

Tym razem nietypowo pozwolę sobie na ostatnie słowo. To ja chciałam kupić Na skrzydłach. Już pierwsza zapowiedź angielskiego wydania przykuła moją uwagę. Piękna gra z interesująca mnie tematyką – musiała znaleźć się w naszej kolekcji. Po lekturze instrukcji nadal byłam nastawiona bardzo optymistycznie. Wydawało mi się, że otrzymamy lekką, rodzinną grę, dającą czystą przyjemność budowania silniczka i gromadzenia punktów. Niestety już pierwsza rozgrywka wybitnie mnie zawiodła. Sebastian to typowy farciarz, więc rozpoczął grę z tanim do wystawienia drapieżcą, który upolował każdą dociągniętą zdobycz. Dalej partia przebiegała bardziej wyrównanie, ale nie udało mi się odrobić jego początkowej przewagi.

Zirytowała mnie również mała liczba akcji. Zamiast wrażenia, że im dłużej gram tym mam większe możliwości, odczuwałam głównie niedobór akcji, który nie pozwalał mi… rozwinąć skrzydeł (przepraszam za tego suchara). W partii mamy tak mało ruchów, że nie ma możliwości nadrobić kiepskiego początkowego rozdania, czy spełnić wymagań trudnej karty bonusowej. Może nasze wrażenia są poniekąd spowodowane tym, że jesteśmy dość mocno kompetytywnymi graczami, ale w końcu każdy gra po to, żeby wygrać. Kiedy już po pierwszym rozdaniu wiesz, że Ci się to nie uda, to sens takiej partii znika. Oczywiście zdarzały się rozgrywki bardziej wyrównane, ale nawet wtedy nie odczuwałam jakiejś szczególnej swojej zasługi w osiągnięciu końcowego wyniku. Wielka szkoda, bo gra jest przepiękna…

Może lepiej byłoby grać z draftem początkowych kart? Może pewne ujednolicenie początkowej talii wyrównałoby szanse? Może po prostu ptaków jest za dużo i przypadałby się redukcja talii (z drugiej strony co wtedy zrobić z kartami bonusowymi…)? Nie wiem i raczej nie będę tego sprawdzać

Recenzowany egzemplarz pochodzi z prywatnej kolekcji.