Sherlock Holmes – wrażenia po scenariuszu pokazowym
Nie grywam solo. Wielokrotnie to już powtarzałem i zdania nie zmieniam. Planszówki to wydarzenie społeczne, którego największą zaletą w odróżnieniu od gier komputerowych, jest możliwość spędzenia czasu ze znajomymi. Myślałem, że nigdy nie usiądę do żadnej gry solo. Przyszedł jednak scenariusz pokazowy do Sherlocka. Nie miałem z kim grać i się przełamałem. Pierwszy raz zagrałem w coś sam. Zapytacie czy było warto? Oj tak, ale może po kolei…
Czym jest Sherlock i o co chodzi ze scenariuszem pokazowym?
Sherlock to ojciec chrzestny modnego w 2018 roku gatunku gier dedukcyjnych. Na blogu mieliście już recenzje Detektywa i Kronik Zbrodni. Powinien też być tekst poświęcony Sherlockowi, ale jego premiera była wielokrotnie przesuwana. Dość powiedzieć, że był na mojej liście oczekiwanych gier zarówno 2018 jak i 2017 roku. Wydawnictwo Rebel, aby wynagrodzić nam czas oczekiwania, udostępniło pliki do druku scenariusza wprowadzającego. Jest on nieobecny w pełnej wersji gry i może być rozgrywany oddzielnie od niej.
Jak grać w Sherlocka? Chciałbym przypomnieć Wam hasło marketingowe, którym promowano swego czasu This War of Mine. Miała to być gra bez instrukcji, której uczymy się na bieżąco. Wyszło jak wyszło, ale Sherlock – dużo starsza gra od TWoM – idzie krok dalej. Tutaj nie ma zasad. Są pewne ramy, ale tłumaczenie tej gry sprowadza się do – tu jest wstępniak, tu mapa, tutaj macie gazetę. To jest księga adresowa, jak chcecie się gdzieś dostać, to szukacie w niej danego adresu. Notujcie ile wpisów wykonaliście. Na koniec odpowiedzcie na pytania załączone na ostatniej stronie książki. Dobra możecie grać.
Wrażenia po przejściu scenariusza pokazowego
Najpierw odrobina statystyki. Do Sherlocka usiadłem sam, mając spory bagaż doświadczeń zdobyty w Detektywie, Kronikach Zbrodni, czy T.I.M.E. Stories. Dzięki temu rozumiałem jak takie gry są tworzone, co powinienem zrobić i na co zwracać uwagę. Przejście scenariusza zajęło mi 35 minut, na co składało się 19 sprawdzonych wpisów, co z kolei przełożyło się na 105 zdobytych punktów. Więcej niż Sherlock!
Sama historia naprawdę mi się spodobała. Była dojrzała, umiejscowiona w realiach XIX wiecznego Londynu i było to zdecydowanie wyczuwalne. To nie są dzisiejsze czasy. To brudne i brutalne realia imperialnej Anglii. To Londyn! – jakby to wykrzyczeli bohaterowie filmu Zabójcze Maszyny (ten trailer był tak absurdalny, że okrzyk o Londynie nigdy nie opuści mojej głowy i będzie mnie latami prześladować…). Klimat w Sherlocku jest wspaniały i sprawia, że czyta się go jak wciągająca książkę. Tutaj wielkie brawa dla zespołu Rebela, któremu udało się uchwycić brytyjskiego ducha i stworzyć krótką, acz ciekawą – i smutną – historię.
Mechanicznie, jak już wspomniałem, gra jest bardzo prosta. System działa i funkcjonuje. Jedni wolą karty z Detektywa, inni QR Kody z Kronik Zbrodni. Szczerze mówiąc mi Sherlockowe gazety i księgi adresowe bardziej przypominają właśnie ten drugi tytuł, tylko zamiast aplikacji mamy książeczkę paragrafową. Nawet idea informatorów funkcjonuje jak specjaliści z Kronik Zbrodni.
Grając samotnie byłem uboższy o fascynujący aspekt długich dyskusji, debat, ścierania się argumentów i kłótni o to, gdzie mamy iść i co zrobić. Zaoszczędziłem w ten sposób czas, ale mam wrażenie, że straciłem odrobinę magii tytułu. Nie mogę się doczekać rozgrywki wieloosobowej. Jestem na Sherlocka nakręcony jeszcze bardziej, niż byłem wcześniej. Mam nadzieję, że w pełną wersję uda się zagrać już jutro. Możecie się spodziewać, że Sherlock będzie częstym gościem na łamach bloga w najbliższym czasie.
PS. Klimat XIX wiecznego Londynu tak bardzo chwaliłem, ale jak czytałem rozwiązanie, to cały czas wizualizował mi się Sherlock w postaci Benedicta Cumberbatcha z serialu BBC…







