APERIODYK#25 Przemyślenia na koniec stycznia

Jak wiecie w 2020 roku przemyślenia wrzucałem raczej raz na pół roku, zamiast zwyczajowych podsumowań co miesiąc. Powody wymieniłem w poprzednim aperiodyku, ale przede wszystkim – szczerze mówiąc nie było o czym pisać. Jakkolwiek pod względem covidowym to był szalony rok, to poza problemami transportowymi z Chin, raczej żadnego ważnego tematu nie ominąłem. Styczeń z kolei był miesiącem, w którym w nasz spokojny planszowy światek wpadły problemy pierwszego świata. Chciałbym napisać, że wjechały na białym koniu, ale chyba nie wypada…

Zacznijmy od tego, że zanim wyleje się na mnie wiadro internetowych pomyj to wiedzcie, że macie do tego prawo. Oczywiście bardzo bym prosił o zachowanie kultury wypowiedzi i prezentowania argumentów bez zbędnych emocji. Ja bardzo chętnie słucham ludzi o innych poglądach i wręcz poszukuję takich dyskutantów. Wszak rozmowa z ludźmi o zupełnie innym postrzeganiu świata jest tym, co nas najbardziej rozwija. Chciałbym też zaznaczyć, że jakkolwiek niektórzy mogą doszukiwać się drugiego, trzeciego, czy dziesiątego dna w tym, co piszę, to w tym tekście nie poznacie całości mojej opinii na wspomniane tematy. Te zostawmy sobie na prywatne rozmowy w domowym zaciszu. Ja tutaj (no, może pomijając nieco prowokacyjne tytuły akapitów – przyp. Marysia) chciałbym jedynie nakłonić Was do zakwestionowania panujących wszędzie prawd objawionych i zastanowienia się, czy czasami nie byłoby dobrze spróbować zrozumieć motywacje „drugiej strony”. Dodam, że im dłużej żyję, tym jestem mniej przekonany o własnej nieomylności i z większą obawą podchodzę do bezrefleksyjnego krytykowania innych ludzi…

Daniele Tascini to podły rasista

Autor (między innymi) Tzolkin’a i Teotihuacan’a napisał post na Facebooku, który został następująco przetłumaczony na angielski:

Wiecie co jest w tym dla mnie najbardziej fascynujące? Ano fakt, że autor chciał udowodnić, iż postrzeganie ludzi przez kolor ich skóry, czy płeć jest bezsensowne. Pomijając to, co o tym podejściu myślę, niesamowity jest fakt, że tłum zobaczył tłumaczenie słów Tasciniego, gdzie znalazło się zakazane słowo na n… i oszalał z wściekłości, ignorując całą resztę przekazu. Od sprawy Cavaniego jestem bardzo ostrożny z ferowaniem wyroków bez poznania kontekstu kulturalnego i relacji prywatnych autora „kontrowersyjnego wpisu” z adresatami „kontrowersyjnych przymiotników”. Przykładowo w języku polskim jest olbrzymia różnica między Murzyn, a „czar..ch”. Nie jestem pewien, czy ktoś „życzliwie” obu tych słów nie przetłumaczyłby na ni..er. Podsumowując, Tascini chciał stanąć w obronie postępowego podejścia do koloru skóry i płci, a został uznany za naczelnego rasistę światowej sceny planszowej.

Konsekwencje oskarżeń o rasizm

Nie trzeba było długo czekać na reakcję Board & Dice w tej sprawie.

To oświadczenie jest najbardziej kuriozalną rzeczą w całej tej sprawie. W szczególności jego trzeci akapit:

It is our firm belief that no individual has the right to make excuses for themselves when faced with the realization that their words have caused harm or hurt to another human being. Instead, whether the harm was intended or not, the first reaction must be to acknowledge wrongdoings, followed by an immediate and apology. Only then can steps be taken to rectify the wrongdoing. And, only then, given the grace of those who were hurt, should explanations be given if requested by those who were hurt in the process.

Board & Dice nie dopuszcza możliwości wytłumaczenia się osobie oskarżanej. Podkreśla, że obowiązuje domniemanie winności, a najważniejsze staje się ludowe poczucie sprawiedliwości. Nikogo nie interesuje zrozumienie intencji autora przekazu, a jedynie to, że ktoś odnalazł w nim coś obraźliwego. Nawet jeśli te obraźliwe treści są spowodowane błędem odbiorcy. Jestem tym stwierdzeniem szczerze przerażony i bardzo przypomina mi to sądownictwo w stylu sowieckim. Brakuje tylko zobowiązania Daniele Tasciniego do złożenia publicznej samokrytyki, niczym w trakcie rewolucji kulturalnej w Chinach.

W takiej sytuacji, podążając z duchem oświadczenia, żądam od Board & Dice przeprosin za to oświadczenie. Ono mnie głęboko dotknęło, a wręcz przeraziło. Nie widzę innego wyjścia niż to, żeby zgodnie z polityką własnej firmy, przedstawiciele B&D przeprosili i przyznali się do błędu. Co więcej, nie wolno im udzielać żadnych wyjaśnień, gdyż ja – jako poszkodowany – sobie tego nie życzę.

Jestem równie zszokowany decyzją Hans im Gluck o wstrzymaniu, czy wręcz całkowitej rezygnacji z dodruków Marco Polo. Jest to decyzja, która dotknęła także Simone Lucianiego, współtwórcę wspomnianej gry, który tutaj niczym nie zawinił. Dla zainteresowanych wyglądem dyskusji na bgg tyczącej tego tematu załączam screen gorącej wymiany zdań, począwszy od czwartego posta dedykowanego tematu:

Phil Eklund to foliarz

Czarne chmury zebrały się także nad twórcą serii Pax i BIOS – Philem Eklundem. Uznano, że jego wpisy są „foliarskie” i negują istnienie Covid-19. O czym dokładnie pisał Eklund? Zadał 3 pytania: czy lockdown ogranicza rozprzestrzenianie się Covid-19, czy zdecydowane karanie ludzi łamiących ograniczenia jest uzasadnione statystycznie i czy można w ogóle Covid-19 nazywać pandemią. Udzielił na te pytania rozbudowanej odpowiedzi na podstawie własnych obserwacji poczynań Szwedów. Nie rozwijając się zbytnio – sam chciałbym zobaczyć wyniki profesjonalnych, szeroko przeprowadzonych badań na temat wpływu lockdownów na zarażalność Covidem-19. Polski rząd cały czas pokazuje wyniki jednej i tej samej ankiety z wiosny 2020, na dodatek przeprowadzonej w USA. Jednocześnie chciałbym zauważyć, że samemu patrząc na statystyki euromomo uważam, że na trzecie pytanie łatwo uzyskać odpowiedź twierdzącą i Phil Eklund powinien dostępne statystyki lepiej przeanalizować.

Bardzo nie podoba mi się w całej sytuacji stwierdzenie, że skoro konsensus naukowy odpowiedział na te trzy pytania to nie wolno ich zadawać. Przypomnę, że światowy konsensus naukowy wysyłał ludzi pod sąd inkwizycyjny za szerzenie teorii kopernikańskiej, krytykował Semmelweisa za ideę mycia rąk pomiędzy zabiegami chirurgicznymi i ginekologicznymi, a także obarczał Niemców odpowiedzialnością za zbrodnię katyńską… Problem z dzisiejszym podejściem do nauki widzą tak znani fizycy jak Lee Smolin, czy laureat ubiegłorocznej nagrody Nobla – Roger Penrose. Ja jednak polecam zaciekawionym przeczytać książkę s-f Petera Wattsa „Echopraksja”. Autor jest doktorem biologii i w bardzo ciekawy sposób snuje w swej powieści rozważania o różnicy (lub jej braku) między dzisiejszą nauką a religijną wiarą. Oczywiście, musimy polegać na nauce, bo na czymże innym. Owszem, to właśnie nauka powinna kierować naszym postępowaniem. Nie możemy jednak zabronić wątpić i zadawać pytań, bo to właśnie to jest motorem postępu i rozwoju.

Nie dość, że foliarz to jeszcze antysemita!

Wydaje mi się, że sama sprawa Covid-19 to było za mało, żeby zmusić wydawnictwo ION Game Design do interwencji w pracę intelektualną Phila Eklunda. Życzliwi użytkownicy twittera spozycjonowali go jednakże jako nienawistnika, rasistę i przede wszystkim antysemitę. Jak od lat wiadomo łatka antysemity to wyrok ostateczny w cywilizacji zachodniej, więc podstawy do takiego oskarżenia powinny być bardzo mocne, czyż nie?

Phil Eklund, w jednym z przypisów instrukcji do Pax Emancipation stwierdził, że pogromy wybuchały najczęściej po odzyskaniu niepodległości przez byłe kolonie, gdzie ofiary pochodziły z bogatszej, uprzywilejowanej części społeczeństwa, a agresorzy powodowani byli chęcią zdobycia dóbr materialnych, wykorzystując rasizm i uprzedzenia jako powody zastępcze. Dalej Eklund stwierdził, że sam Holokaust był powodowany zazdrością wobec żydowskich bankierów i żydowskiej klasy średniej w XX-wiecznej Europie.

Tutaj należałoby rozważyć dwie kwestie. Pierwsza to fakt, że nie wypada negować istnienia czynnika ekonomicznego na terenie Niemiec w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku, w kontekście badań antysemityzmu. Należy pamiętać o olbrzymiej recesji, galopującej inflacji i skrajnej biedzie ogółu społeczeństwa niemieckiego, którego negatywne emocje bardzo łatwo przekierowano na żydowskich bankierów i sklepikarzy. Eklund, według mnie, popełnia poważny błąd zupełnie ignorując złożoność zależności przyczynowo-skutkowych, które doprowadziły do straszliwego procesu Holocaustu i zbytnio ten temat upraszczając. Tutaj jednak trzeba sobie zadać pytanie, czy takie uproszczenie zdarzeń historycznych jest wystarczające do przyzwolenia na brutalny ostracyzm.

Na szczęście wydawnictwo nie zdecydowało się na zwolnienie Eklunda, pozostawienie go na bruku, z długami i bez środków do życia, czego domagali się co bardziej zaangażowani dyskutanci. Zamiast tego ION zamierza recenzować przypisy w instrukcjach do gier Eklunda. Jeśli dzięki temu wspomniane przypisy zostaną wzmocnione wiedzą ekspertów to my, jako fani gier historycznych tylko na tym skorzystamy. Jeśli jednak cała sprawa pójdzie w kierunku zwykłej, dwudziestopierwszowiecznej cenzury, to stracimy możliwość zmierzenia się z innymi punktami widzenia. Osobiście wolę przeczytać przypis Eklunda, z którym się nie zgodzę i poświęcę własny czas na szukanie argumentów przeciwko jego opiniom, niż gdy taka możliwość zostanie mi odebrana przez kogoś, kto a priori uzna, że opinie Eklunda będą miały destruktywny wpływ na mój stan psychiczny.

Lacerta przeciwko istnieniu Stanów Zjednoczonych i (fikcyjnym) rozbiorom Rzeczpospolitej

Puerto Rico to jedna z pierwszych planszówek, którą poznałem w świecie nowoczesnych gier planszowych (i nadal mam ją w swojej kolekcji!). Uwielbiam jej mechanikę, ale także doceniam osadzenie jej w konkretnych realiach historycznych, ze wszystkimi ich pozytywnymi i negatywnymi aspektami. Kolejne edycje starały się porzucić niechciany, „niewolniczy bagaż” zmieniając kolor pionków, usuwając statek kolonistów z gry, czy portorykański targ. Lacerta we wstępie instrukcji do najnowszej edycji przyznaje, że dziś gry o takiej tematyce by nie wydała, ale także zachęca „wszystkich, aby dowiedzieli się więcej o historii Portoryko i choć przez chwilę zastanowili się nad trwałymi skutkami kolonizacji oraz szkód jakie wyrządziła na całym świecie”. Nie sądziłem, że Wydawnictwo Lacerta jest przeciwne istnieniu Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, Kanady, czy Australii, co jest całkiem trwałym skutkiem kolonizacji. Przepraszam, że dworuję sobie z tak ważnego i złożonego tematu jakim jest kolonizacja. Uważam jednak, że nie możemy patrzeć na ten problem w sposób czarno-biały, zapominając o równie ważnych odcieniach szarości. Świat byłby dużo prostszy, ale niekoniecznie sprawiedliwy.

Z drugiej strony, w zupełnie innej instrukcji, Lacerta stanęła w obronie dobrego wizerunku Rzeczpospolitej Obojga Narodów! Wydawnictwo Greater Than Games postanowiło umiejscowić grę w alternatywnym świecie, gdzie Rzeczpospolita Obojga Narodów upadła już w XVII wieku, padając ofiarą rozbiorów dokonanych przez Niemców, Austriaków i Szwedów. Można wręcz zarzucić tutaj autorom rusofobię – co to za rozbiór Polski bez Rosji!? Co gorsza (!) źli Szwedzi zdecydowali się (fabularnie) zapakować Polaków na statki i wysłać ich na zachód, w celu kolonizacji nowych terenów ku chwale króla Karola XII. O ile nadal możemy o tym przeczytać w polskiej instrukcji, to sama mapa Europy z alternatywnego 1700 roku została przez Lacertę znacząco zmieniona. W trosce o dobre samopoczucie Polaków w instrukcji Spirit Island, umieszczono Rzeczpospolitą na mapie w granicach przedrozbiorowych. Prawdę mówiąc wygląda to absurdalnie, gdyż flaga Prus nawet nie zmieściła się w granicach swojego państwa, a sytuacja na mapie zupełnie nie zgadza się z przedstawioną tuż obok historią alternatywnej Europy. Rozbiór Rzeczpospolitej jest istotnym wydarzeniem w świecie Spirit Island i jego odwołanie przez rodzimego wydawcę jest po prostu bezsensowne. Myślę, że jesteśmy narodem wystarczająco mądrym, żeby poradzić sobie z emocjonalnym ładunkiem generowanym przez niezbyt przyjemną, alternatywną historię opowiadaną przez grę planszową.

Koniec kickstarterowego ElDorado – do cła dochodzi obowiązkowy VAT

Porzućmy już tematy politycznej i historycznej poprawności. Przejdźmy do tego, co naprawdę się liczy. Do naszych biednych portfeli, łupionych rosnącymi cenami gier planszowych, galopującą inflacją i obowiązkowym cłem na produkty ze Stanów Zjednoczonych. Według najnowszych informacji, prawdopodobnie w ramach wojny celnej z Chinami, wprowadzono obowiązkowy VAT na wszystkie zakupy internetowe. Obejmuje to również gry planszowe i w szczególności dotknie osoby inwestujące w kampanie kickstarterowe. Wyobraźmy sobie zakupienie „all-in’a” KSowego, a nie ukrywajmy wiele osób po to właśnie inwestuje w KSy, żeby otrzymać wszystko co jest tam oferowane. Teraz do ceny pledge’a trzeba dodać koszt transportu, z góry opłacić potencjalne cło i narzucony obowiązkowo VAT. Nagle koszt wsparcia rośnie nam nawet o 100$! Tak dramatyczny wzrost kosztów z pewnością wpłynie na rozwój i przyszłe sukcesy kampanii oraz z pewnością przełoży się na liczbę wsparć polskich planszówkowiczów.

(Nie do końca) Udany Portalcon

23. stycznia odbył się 13ty Portalcon. Z uwagi na ograniczenia pandemiczne odbył się on w przestrzeni internetowej. Portal zdecydował się sprzedawać bilety, w symbolicznej cenie 10 zł, w zamian za to dając fanom dostęp do ekskluzywnych materiałów, a także dedykowanych dla nich wydarzeń.

Brzmiało to całkiem nieźle, ale niestety pojawiły się dość poważne kłopoty. Po pierwsze limitowane tylko dla posiadaczy biletów wydarzenia i tak były transmitowane na ogólnym YouTube, z uwagi na problemy techniczne. Przez bardzo długi czas nie można było zalogować się do strefy biletowej. Decyzja o przeniesieniu filmów w otwarte pasmo jest zrozumiała, takie wypadki się zdarzają i innego wyjścia w tamtym momencie po prostu nie było. Nie jestem w stanie jednak zrozumieć czemu w czasie Portalconowych PlanszówekTV Q&A pytania były czytane z czatu na YT, a nie tego dedykowanego dla posiadaczy biletów? O 11 logowanie było jeszcze bezproblemowe, więc to od początku musiało być w ten sposób zaplanowane. Wydawałoby się, że za te 10 zł fani powinni mieć pierwszeństwo, a może nawet wyłączność na zadawanie pytań, przecież to miało symulować obecność na jednej sali z Ignacym Trzewiczkiem.

Po trzecie jestem troszkę rozczarowany zapowiadanymi materiałami dodatkowymi. Otrzymaliśmy 9 filmików o zapowiedzianych grach (o, delikatnie mówiąc, zróżnicowanym poziomie merytorycznym), jeden o kolekcji gier umilających czas wolny w firmie Portal i żartobliwy materiał o magazynie i drewnie użytym w Robinsonie. Zabrakło jakichkolwiek materiałów pisanych, zabrakło ekskluzywnych zdjęć prototypów zapowiedzianych gier, nie otrzymaliśmy draftów instrukcji, nie było też żadnego modułu TTS do ogrania w wolnym czasie. Wydawałoby się, że symulacja konwentu mogłaby taką salę z prototypami uwzględnić. Na domiar złego same filmiki mają wspólny problem techniczny – są bardzo, ale to bardzo ciche, co niestety utrudnia ich oglądanie przy okazji innych aktywności domowych.

No, ale dość marudzenia. Chciałbym podkreślić, że same zapowiedzi – zarówno w kwestii gier jak i sposobu prezentacji – to pełny sukces Portalu. Niedługo pojawi się tekst poświęcony w pełni zapowiedziom gier planszowych na 2021 rok. Jest na co czekać!

W co grałem w tym miesiącu?

W styczniu rozegrałem 58 partii w 26 tytułów. Łatwo się domyślić, że nie graliśmy w Fantastyczne Światy. Najwięcej partii – 11 – zagraliśmy w O Mój Zboże. Udało nam się przejść oba dodatki scenariuszowe, czyli Rewoltę w Longsdale i Ucieczkę do Canyon Brook. Bawiliśmy się przednio, ale pewne rozwiązania fabularne w drugiej części bardzo nas rozczarowały.

Grą miesiąca zostaje Brotherhood & Unity. Udało mi się zagrać w ten fenomenalny tytuł trzykrotnie, za każdym razem za pomocą TableTop Simulatora. Posiadam wersję fizyczną, ale jednak w czasie pandemicznym dużo prościej umówić się z kolegami na wycieczkę do Sarajewa w formie online. Sama gra jest genialna, trzon rozgrywki to stare, dobre Ścieżki Chwały, ale trzyosobowa struktura konfliktu wprowadza niesamowitą dynamikę między graczami. Podkreślam między graczami, bo począwszy od drugiego roku konfliktu, mamy do czynienia raczej z wojną okopową.

Na naszym stole, w ramach nadrabiania zaległości z ubiegłego roku, trafiło Marco Polo II: W Służbie Chana. Zakupiłem je jeszcze przed wybuchem afery Tasciniego, więc proszę nie wysnuwać jakichś daleko idących wniosków. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że gra bardzo nam się spodobała, co sugeruje iż więcej do powiedzenia przy projektowaniu tej edycji musiał mieć Simone Luciani. Gry tego pana bardzo lubimy, a z twórczością Daniele Tasciniego nam zdecydowanie nie po drodze.

Powrót miesiąca to z pewnością Pax Pamir Druga Edycja! Prostota zasad przy jednoczesnej masie powiązań między poszczególnymi elementami mechaniki niezmiennie budzi mój zachwyt. Realia „Wielkiej Gry” są bardzo ciekawe, a sama rozgrywka niebywale satysfakcjonująca. Zapowiedź wydania polskiej edycji Pax Pamir przez Galaktę to jedna z najlepszych informacji wydawniczych ostatnich lat.

Wydawało mi się, że nie będę miał czego wytypować do rozczarowania miesiąca. Niestety, kierowany ciekawością kupiłem i rozegrałem jedną partię w 13 grę rankingu BoardGameGeeka. Tak wysokie miejsce sugerowałoby, że gra powinna nas zachwycić i olśnić. Tak się nie stało i podczas rozgrywki w Spirit Island bardzo się wynudziliśmy. Graliśmy w stu procentach mechanicznie i spotkaliśmy się z tym samym problem co w Pandemic’u – całkowitym brakiem immersji. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że udało nam się spełnić warunki zwycięstwa, szybko grę sprzątnęliśmy i odłożyliśmy na półkę zapomnienia. Po tak chwalonej grze spodziewałem się dużo, dużo więcej.