APERIODYK#27 Piękniejsze TOP10 vol. 4.0

Rok temu wydawało mi się, że 2019 przemknął w mgnieniu oka. No, ale nikt się nie spodziewał, że może nas spotkać to, co wydarzyło się w 2020. Z jednej strony wydaje mi się, że dopiero co pisałam poprzednią topkę, ale z drugiej wiele się po drodze działo. Z oczywistych przyczyn na naszym stole królowały gry z bardzo dobrym wariantem dwuosobowym. Mimo, że tegoroczne premiery dla niektórych mogłyby się wydawać rozczarowujące to 7 z 10 (no, 8 z 11) gier z mojej tegorocznej Topki miało premierę (lub reedycję) w tym roku! Ostatnio kierowałam się aktualną oceną w skali BGG, czyli wybrałam planszówki, w które w tamtym momencie najchętniej bym zagrała. W tym roku, postawiłam po prostu na najlepsze gry, w które zanotowaliśmy przynajmniej kilka partii. Zapraszam!

Może zacznijmy od tych, które miały swoje miejsce w zeszłorocznym zestawieniu. Na 10 miejscu wylądowało Joraku – świetna i dość nietypowa gra, na której polską wersję dalej czekamy z niecierpliwością nie tracąc nadziei. Niestety nie była to nasza gra, a pandemiczny brak odwiedzin sprawił, że nie mieliśmy w nią okazji zagrać. Everdell po początkowym zachwycie doczekał się masy dodatków, które… nadal tkwią w foliach. Przegrał walkę z równie ładną grą, która przewyższyła go mechanicznie i wylądowała na pierwszym miejscu! Undaunted, wydane jako Nieustraszeni: Normandia, poszło zwiedzać inne domostwa i długo nie po drodze mu było na nasz stół. Za to w zestawieniu znalazła się inna gra, która łączy moje uwielbienie dla eurosucharów i historyczną pasję Sebastiana. Pangea niestety z uwagi na dość długi czas partii zmieniła właściciela. Terraformacja Marsa dalej wywołuje we mnie ciepłe uczucia i nawet zanotowałam jedną partię z całkiem niezłym dodatkiem – Niepokoje, lecz to zbyt mało, żeby wcisnęła się na tegoroczny piedestał. Brzdęki trochę nam się przejadły, choć wszystkie wraz z dodatkami dzielnie trwają na naszej półce. Kartografowie i Welcome to… wielokrotnie opuszczały naszą półkę, ale w tegorocznym zestawieniu nie znalazło się wystarczająco dużo miejsca, by zmieścił się jakikolwiek Roll&Write. No a Brass… moje zeszłoroczne Top of the Top… Kilka dwuosobowych partii z Sebastianem (oczywiście przegranych) sprawiło, że miałam ochotę rzucać planszą. Chwilowo nie mam ochoty do niej wracać, ale pewnie niedługo mi przejdzie, bo jest to gra wybitna.

Dobrze nie przedłużajmy już i zacznijmy od numeru…

10. Marco Polo II

Marco Polo? Ciekawa gra Simone Lucianiego i Daniele Tasciniego, która jednak nie chwyciła nas za serce. Cały czas brakowało nam w niej zasobów i rozgrywki ciągnęły się niemiłosiernie. Marco Polo II jest nową i poprawioną wersją tej gry, która w swoich podstawowych założeniach wydaje się być tym samym. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Tym razem w czasie pojedynczej tury jesteśmy w stanie zrobić całkiem dużo, podczas jednej partii powinno nam się udać odwiedzić większość lokacji widocznych na mapie i nie czujemy się blokowani przez zasady. Jest szybciej, prościej i zwyczajnie przyjemniej. Dodatkowo umiejętności początkowe naszych odkrywców są zdecydowanie bardziej zbalansowane. Teraz są one dość potężne, dzięki czemu zmuszają nas do zmiany taktyki w zależności od posiadanej postaci, ale jednocześnie nie sprawiają, że jeden z graczy już po początkowym rozdaniu był skazany na porażkę. Taki drugie edycje lubimy – poprawione błędy, ale zachowana dusza.

9. Pax Pamir 2nd edition

Gra historyczna, o zarabianiu pieniędzy i zdobywaniu wpływów w XIX wiecznym Afganistanie, w czasie konfliktu rosyjsko-brytyjskiego o dominację polityczną w Azji Środkowej? Nie brzmi to jak tematyka, która mogłaby mnie zachęcić do grania, ale Cole Wehrle udowodnił już, że warto zapoznać się z jego grami. Zakochałam się w Pax Pamir od pierwszego spojrzenia. W sensie dosłownym – szyta mata do gry, świetnej jakości bloczki, a także wysokiej jakości, piękne karty. Poza warstwą wizualną, mechanika jest idealnym połączeniem prostych zasad z wymagającą rozgrywką. Z każdą kolejną partią odkrywamy kolejne zależności, a regrywalność wydaje się ogromna. Co więcej, już niedługo doczekamy się polskiej wersji od Galakty! Wszystkim fanom nietypowych gier z dość dużą dozą negatywnej interakcji i konfliktem militarnym w tle serdecznie ten tytuł polecam.

8. Versailles 1919

Sebastian uwielbia GMT Games. Dotychczas najbardziej doceniałam ich gry niehistoryczne, czyli wyścigowe Thunder Alley i abstrakcyjne Dominant Species. Wszystko zmieniła jednak gra poruszająca tematykę konferencji wersalskiej z 1919 roku. Dlaczego? Bo wspomniany temat jest w tej grze zupełnie pomijalny. Nie zrozumcie mnie źle – Sebastian ekscytuje się każdą decyzją podjętą w trakcie rozgrywki. Dla mnie jest to jednak suche euro, w którym muszę zaplanować każdy ruch i odpowiednio wykorzystać ograniczone zasoby. Gra świetnie się skaluje – im więcej graczy tym więcej miejsca do negocjacji, ale nawet na dwie osoby z botem bawiliśmy się świetnie. Aktualnie jest to mój ulubiony tytuł z planszówek ze świata Sebastiana.

7. Rococo Deluxe Edition

Na kobiecej liście nie mogło zabraknąć gry o szyciu kiecek. Do tego najwspanialszy z Mężów sprezentował mi ją w absurdalnie drogiej, totalnie „przeprodukowanej” wersji, która jest tak piękna, że moja buzia się cieszy od samego patrzenia na to ogromne pudło. W poprzednią wersję graliśmy już dawno temu i przyznam szczerze, że od tamtej pory po cichutku liczyłam na to, że kiedyś znajdzie się ona w naszej kolekcji. No i znalazła się pod choinką. Nowa szata graficzna bardzo przypadła mi do gustu, a śliczne znaczniki nici i koronek, oraz piękny, złoty naparstek tylko potęgują pozytywne odczucia. Mechanicznie mamy do czynienia z klasycznym euro, urozmaiconym ciekawą metodą budowania i zarządzania ręką kart. W dodatku widok Sebastiana, który z zapałem szyje sukienki i walczy o najlepsze miejsca w barokowej sali balowej prawdopodobnie nigdy nie przestanie mnie bawić. Rococo jest niewątpliwą ozdobą naszej kolekcji.

6. Bonfire

Stefan Feld to twórca genialnych Zamków Burgundii. Jednakże większość pozostałych gier niemieckiego autora, absolutnie nas nie zachwyciła. Pandemiczny 2020 wreszcie to zmienił, bo pojawiło się dziwaczne Bonfire. Na początku zupełnie nie mogłam się do tego tytułu przekonać. Wydawał mi się przekombinowany i niepotrzebnie rozbudowany. Po kilku rozgrywkach okazało się, że mamy do czynienia z jednym z lepszych, cięższych euro ostatnich lat. Jest to ten poziom skomplikowania, który jeszcze mi nie przeszkadza, ale już zmusza mój mózg do pracy na pełnych obrotach. Bonfire z pewnością zostanie w naszym domu i wejdzie do stałego kanonu naszych ulubionych eurogier. Więcej o tym tytule możecie przeczytać w naszej recenzji, a już niedługo pojawi się on w polskiej wersji językowej!

5. Zamki Toskanii

Skoro już wspominamy o autorze mojego miejsca nr 6, to pozwolicie, że przy nim jeszcze na chwilkę pozostaniemy. Stefan Feld widocznie nie zadowolił się wydaniem pokręconego Bonfire i musiał dodać coś bardziej klasycznego. Tytuł sugerował, że może to będzie trochę odświeżona reedycja Zamków Burgundii – perły w koronie Felda. Tymczasem dla mnie Toskania jest zupełnie nową gra, mającą relatywnie niewiele wspólnego z poprzedniczką. Uważny czytelnik bloga zauważy, że w moich recenzjach Bonfire otrzymało dziewiątkę, a ZT osiem i pół. Powiedzmy, że Sebastian skorzystał ze swoich uprawnień admina… Dla mnie to właśnie Zamki Toskanii zasłużyły na wyższe miejsce w rankingu. Dynamiczna rozgrywka, krótki czas gry i ciekawa mechanika to genialne połączenie.

4. Kącik imprezowicza – Paranormalni Detektywi

Mimo pandemii udało nam się kilka razy spotkać w większym gronie. Wtedy zwykle na stół trafiały gry imprezowe. Tutaj ważna informacja: kilkukrotnie graliśmy w Wiem Lepiej i tak niesprawiedliwej i irytującej gry quizowej to ja jeszcze na oczy nie widziałam. Dlatego może przejdźmy do tytułu, który sprawia przyjemność wszystkim graczom. Paranormalni Detektywi to dla mnie odkrycie roku. Nie znoszę gier detektywistycznych, ale tutaj mogę spełniać się jako duch ofiary przerażającej zbrodni, który stara się nakierować tytułowych paranormalnych detektywów na trop prawdy. Przyznam, że wykrywacze duchów, tablica ouija, czy sznury wisielcze może nie brzmią jak idealne akcesoria do spędzania beztroskich chwil w towarzystwie przyjaciół. Nie zmienia to faktu, że bawiłam się przednio zarówno podczas odgrywania tragicznej ofiary, czy paranormalnego detektywa. Więcej, znajdziecie tradycyjnie w naszej recenzji.

3. Xia: Legends of a Drift System

Swego czasu nie znosiłam science-fiction. Kosmosu się bałam, ta niekończąca się pustka po prostu mnie przerażała. Wspólne życie z Sebastianem zmusiło mnie do regularnego obcowania z tym gatunkiem fantastyki i przyznam, że polubiłam strzelanie laserkami, latanie w warp, awaryjne naprawianie uszkodzonego rdzenia i transportowanie bydła z planety na planetę (Firefly to najlepszy niestartrekowy serial s-f w historii! [A nie, bo Babylon 5 – przyp. Sebastian]). Xia to definicja kosmicznej piaskownicy. Jest to pierwsza gra, w której zrozumiałam czemu chłopaki tak uwielbiają te swoje klimatyczne turlanki. Tutaj latam sobie po planszy, bez konkretnego celu. Odkrywam kolejne systemy, ląduję na planetach, wykopuję kosmiczną rudę z asteroid, a wszystko nie dość, że sprawia olbrzymią frajdę to jeszcze daje punkty! Inwestycją na 2021 roku jest zakup dedykowanego insertu, bo bez niego gra będzie lądowała na stole zdecydowanie zbyt rzadko.

2. Tyrants of the Underdark

W początkowym akapicie napisałam, że Brzdęki nam się przejadły. Jest to prawda, ale równie istotny jest fakt, że znaleźliśmy nowy deckbuilding z planszą, który absolutnie skradł nasze serca. Tą grą jest oczywiście Tyrants of the Underdark. Wizualnie jest absolutnie dziwaczna – pełna mrocznych ilustracji i dziwacznych potworów. Ma to swój klimat, który nas urzekł, ale nie każdemu przypadnie do gustu. Szczególnie ujmujące są urocze podpisy pod abominacjami, które czasem mają coś ciekawego do powiedzenia, np. że chętnie spróbowałyby świeżego mięska… Mechanicznie mamy tu tak generyczny deckbuilding, jak tylko można sobie wyobrazić. Karty mają walutę służącą do rozbudowywania talii, atak i ewentualnie dodatkowe akcje. Bardzo podoba mi się fakt, że w przypadku tej gry plansza nie jest jedynie dodatkiem, a pełni bardzo istotną rolę. Dzięki zagrywaniu kart zdobywamy nowe tereny, które na koniec gry będą nam dawały punkty. Walka jest krwawa i zacięta do samego końca, a skalowanie bezbłędne poprzez ograniczenie liczny terenów w zależności od liczebności składu. Cóż więcej mogę powiedzieć – Tyrants to miłość od pierwszego wejrzenia.

1. Tapestry

Podchodziliśmy do tej gry z dużą ostrożnością, słuchając dość licznych głosów krytyki. Na czas pierwszego „lockdown’u” sprezentowaliśmy sobie tę dość drogą grę i okazało strzałem w dziesiątkę. Co prawda, początkowo konieczne było granie z pewnymi modyfikacjami zasad, które można było znaleźć na stronie producenta. Na szczęście pojawił się już dodatek, który zawiera te, jakże istotne, modyfikacje w oficjalnej instrukcji. Tapestry jest jedną z najładniejszych gier w naszej kolekcji, a jak wiadomo dla kobiety to dość istotna informacja. Mechanika jest banalnie prosta – w swoim ruchu możemy przesunąć nasz znacznik na jednym z czterech torów. Jest to w zasadzie całość zasad, ale zaskakująco dużo w tym strategii, rozwijania swojej cywilizacji i satysfakcji z rozgrywki. Mnogość ras zapewnia ogromną regrywalność, a ich zróżnicowanie zmusza nas do dostosowywania strategii do ich mocnych i słabych stron. Tapestry szturmem wskoczyło na pierwszą pozycję i od roku bardzo często odwiedza nasz stół.

0. Zamki Burgundii

Wybieranie po raz kolejny tej samej gry do topki może zrobić się nudnawe. W końcu dojrzałam do tego, że Zamki są grą, która po prostu zawsze będzie jedną z moich ulubionych. skopiowałam zatem pomysł Sebastiana i wrzucam je na pozycję 0 – bezsprzecznego faworyta, do którego zawsze będę wracała. Dodatkowo w tym roku odbyła się premiera reedycji – Big Box’a z kilkoma dodatkami. Szata graficzna absolutnie nie zachwyca, dodatki są całkiem ciekawe i nie psują schludnej mechaniki, za którą pokochałam Zamki. Cóż więcej mogę powiedzieć – jest to absolutny „must have” fanów suchuteńkich euro.