Piękniejsze TOP10 vol. 3.0

Miniony rok minął niesamowicie szybko. Kolejny dzień kobiet to dla mnie ponowne przyjrzenie się moim ulubionym grom. Tym razem skupiłam się na tytułach, w które najchętniej bym dzisiaj zagrała. Jak na kobietę przystało moje wybory są dość zróżnicowane, bo nigdy nie wiadomo na co akurat przyjdzie ochota. Zmian w porównaniu do poprzedniej topki jest mnóstwo, bo tylko trzy pozycje się powtarzają. Za to dwie z nich wylądowały na dokładnie tym samym miejscu, co rok temu. Zapraszam!

Powinnam zacząć od wyróżnień, ale jest ich tyle, że zrobimy z nich osobny tekst. Od marca 2019 poznałam masę świetnych gier, a na liście jest miejsce tylko dla dziesięciu. Nie przedłużając zacznijmy od…

10. Joraku

… najdziwniejszego tytułu w zestawieniu. Mało znany, o dość specyficznym temacie (marsz wojska na Kioto w okresie Sengoku) i niesztampowej mechanice. Gra jest szybkim area control, opartym o zbieranie lew i uzyskiwaniu przewagi w terenie. Choć dysponujemy tylko 21 kartami w trzech kolorach, to gra jest emocjonująca i daje duże możliwości. Zagrane karty albo pozwalają nam zrekrutować oddziały, albo wykorzystać punkty akcji w liczbie wartości tychże kart. Co więcej, na koniec rundy porównujemy wartości zagranych kart w danym kolorze i – najczęściej – ten kto ma najwyższą kartę odpala punktowanie w prowincji ze swoim Daimyo. Na koniec fazy akcji każdy teren jest punktowany i im późniejszy etap gry tym więcej warte są tereny bliższe Kioto, a mniej te na wschodzie. Mam na koncie tylko dwie partie i zdecydowanie chcę więcej! Jest szansa, że zobaczymy ten tytuł w języku polskim, ale niestety nie mamy jeszcze ani pewności, ani konkretnego terminu.

9. Everdell

Bezsprzecznie najpiękniejsza gra na tej liście. Pierwsza partia, którą rozegrałam dawno temu była… zła. Ciągnęła się jak flaki z olejem i pozostawiła przekonanie, że Everdell to tylko wygląd. Na szczęście zdecydowałam się zagrać ponownie w zupełnie innym składzie i okazało się, że nie dość, iż ta gra potrafi być bardzo szybka, to również przyjemna. Mechanicznie mamy tu prosty worker placement połączony z budowaniem tableau. A mówiąc po polsku – mamy swoje zwierzątka-pionki, które wysyłamy na obszary zapewniające zasoby i talię kart, które będziemy zagrywać przed siebie tworząc własną leśną wioskę. Zgromadzone przez nas zwierzątka i budynki wzmacniają niektóre nasze akcje i dają nam przeróżne bonusy. Najlepiej grało nam się w dwie osoby, bo w pełnym składzie już jeden maruder potrafi nadmiernie przedłużyć partię. Nie zmienia to faktu, że jest to idealny tytuł dla zapracowanych kobiet – łączy przystępność zasad, piękne wykonanie i rozsądną dawkę gimnastyki intelektualnej ze szczyptą losowości.

8. Undaunted: Normandy

Sebastian jest wielbicielem szeroko pojętych gier wojennych. W kółko stara się mnie namówić na partie w różne twory wpisujące się w ten gatunek. Co tu dużo ukrywać – nie jestem fanką przesuwania żetonów po planszy i udawania, że są to zastępy piechurów, czy śmiercionośne czołgi. Daję się na nie namówić, ale mój entuzjazm jest daleko mniejszy niż mojego Małżonka. Undaunted zachwyciło Sebastiana pokazaniem potyczek na poziomie pojedynczego plutonu. Mnie zachwycił odczuwalny temat genialnej Kompanii Braci. Wreszcie choć trochę wczułam się w klimat. Zasady są przystępne, mechanika świetna i nawet grafiki, choć ascetyczne, nie są tak odpychające jak w większości gier tego typu. Wreszcie mamy jakąś grę historyczną, do której usiądę nie z przymusu, a z czystej chęci zmierzenia się z moim Mężem na jego ulubionym terytorium. A później łatwiej będzie mi namówić go na jakieś suche euro! Co więcej, jest duża szansa, że seria Undaunted pojawi się w najpiękniejszym z języków!

7. Pangea

Bardzo rzadko kupujemy gry na wspieraczkach. Zazwyczaj zaopatrujemy się w wydane tradycyjnie tytuły, a te fundowane społecznościowo w miarę możliwości poznajemy na etapie prototypu, lub dopiero kiedy trafią na rynek. Pangea przyleciała do nas jako prototyp, została na kilka partii i zachwyciła tak bardzo, że sami zdecydowaliśmy się wesprzeć Red Imp. Ostateczna wersja już do nas trafiła. Jest piękna, świetnie wykonana i nic nie straciła ze swego początkowego uroku. To jest odpowiedź na moje uczucie do Dominant Species. Tytuł od GMT jest bardziej wymagający i trwa dużo dłużej, więc nie trafia na nasz stół za często. Pangea jest łatwiejsza i rozsądniejsza czasowo więc można ją bez problemu ogrywać po pracy. Prowadzenie przedwiecznych stworów w walce o dominację na planecie Ziemi i uniknięcie przerażających kataklizmów to rozrywka dla nas.

6. Terraformacja Marsa

Może spadną na mnie gromy, ale ja nie rozumiem jak ktoś może kończyć partię w Terraformację poniżej 2-3 godzin. Mnie i mojej partnerce od uzdatniania Marsa dwuosobowa partia zajmuje 3,5 godziny. Owszem, może się nie spieszymy, bo obie mamy dalekosiężne plany i nie staramy się przyspieszać końca gry. Końcowe etapy, kiedy mamy po kilkadziesiąt kart zapewniających dodatkowe akcje, czy modyfikatory, potrafią się przeciągać. Nie zmienia to faktu, że dla nas TM to takie małe, planszowe święto, jak TI4 dla naszych panów. Znalazłyśmy idealnie nam odpowiadający układ dodatków – Preludium i Kolonie, więc z przyjemnością zasiadamy na te ponad trzy godziny układać tego swojego „pasjansa”. Niepokoje czekają na półce, aż znajdziemy na nie czas. Bo trochę tego czasu potrzeba.

5. Brzdęk!

Śpieszmy się kupować Brzdęka, bo tak szybko znika ze sklepów. Nasz jest z nami od pierwszego druku i został odświeżony pełnym zestawem dodatków. Obecnie nie wyobrażam sobie hitu od Lucrum Games bez nowych map. Najlepiej kupić wszystkie, ale przy rozsądnym gospodarowaniu pieniędzmi polecam kupno Ekspedycji po Złoto i Pajęczyny. Świetny deckbuilding, który powinien spodobać się (prawie) każdemu. Schludne wykonanie, łatwe zasady i emocjonująca rozgrywka to cechy charakterystyczne drażnienia smoka. Do tego te tłumaczenia kart przepojone żartami i nawiązaniami popkulturowymi niewątpliwie umilają każdą partię. Wyprzedzając pytania – tak, wolę wersję fantasy od rabanu w próżni. Kosmiczny Brzdęk jest trochę dłuższy i mniej przystępny od podstawowego. Dla niektórych jest to zaleta, ale ja wolę niezobowiązującą zabawę w wodzenie smoka za nos.

4. Kartografowie

Ubiegły rok przebiegał pod znakiem Roll&Write’ów, więc nie mogło ich zabraknąć i na tej liście. Wśród masy średniaków produkowanych pod wpływem chwilowej mody znalazły się perełki. Jedną z nich są bez wątpienia Kartografowie. Niech Was nie zwiedzie brzydka okładka i średnie wykonanie – jest to jedna z najlepszych wykreślanek na rynku. Któż by się spodziewał, że rysowanie map może być pierwszorzędną rozrywką. Wypełnianie pergaminu konstelacjami lasów, pól, łąk, wód i wiosek przerywane atakami wściekłych autochtonów, okazało się strzałem w dziesiątkę. Punkty zdobywamy dostosowując się do wylosowanych wcześniej królewskich dekretów. Najciekawszym dodatkiem jest negatywna interakcja – to nasi przeciwnicy wrysowują obszar ataku potworów na naszą planszę, psując nam misterne plany i kosztując nas utratę punktów. Ale nie jest to najlepsza wykreślanka, bo mamy…

3. Welcome to…

O tej grze napisaliśmy już chyba wszystko. Niezmiennie nas zachwyca, ciągle chcemy do niej wracać i nadal nie ma sobie równych. Na papierze numerowanie budynków nie brzmi ekscytująco, ale każda partia w Welcome to… jest świetna i jeszcze nie spotkaliśmy współgracza, który po pierwszej rozgrywce nie miałby ochoty na kolejne. Karty, które zastępują tradycyjne dla gatunku kości, podobnie jak w Kartografach, znacząco zmniejszają losowość i sprawiają, że rozgrywka jest dużo bardziej taktyczna. Skrajnych numerów jest w talii najmniej, więc możemy w czasie rozgrywki szacować jak się nie zablokować i wykręcić maksymalny wynik. Szkoda tylko, że dodatki są tak słabe…

2. Zamki Burgundii

Ze wszystkich staroci planszowych to właśnie Zamki pozostają na podium. W zeszłym roku również wylądowały na drugim miejscu i dzielnie się go trzymają. Ostatnio Grand Austria Hotel usiłowało z nimi zawalczyć, ale przegrało. Inne suche eurasy, takie jak zawsze świetne Troyes oraz Szklany Szlak i Mombasa, które na zawsze mają zapewnione miejsce na naszej półce, również się starają. Nie zmienia to jednak faktu, że do żadnej z tych gier nie mam tyle sympatii co do Zamków. Pewnie są brzydkie, ale po tylu partiach zaczynają mi się wizualnie podobać (syndrom sztokholmski – przyp. Sebastian). Może wcale nie odkrywcze, ale pozostają moim ulubionym starociem. To właśnie one lądują na stole, kiedy nie mamy czasu na partię Terraformacji, z moją zakochaną w Marsie przyjaciółką. Dwuosobowe partie zajmują nam mniej niż godzinę, walka jest zawsze zacięta, a my zawsze potrafimy wpleść w tę pozornie pokojową grę sporo negatywnej interakcji. Szkoda tylko, że w niepełnym składzie bolesna bywa losowość żetonów włości.

1. Brass Birmingham

Na początku był Brass Lancashire. Jedna dwuosobowa partia, która zupełnie nie zachwyciła. Nie było tragicznie, ale też nie zrozumieliśmy o co to całe halo. Na szczęście po pojawieniu się polskich wersji obu edycji w nasze ręce trafił Birmingham. Wtedy zrozumieliśmy. Birmingham jest tym Brassem, który lepiej działa w mniejszym składzie, Lancashire za to nabiera rumieńców w grze na cztery osoby. Budujemy przedsiębiorstwa, transportujemy towary i walczymy o najlepsze połączenia i lokalizacje. Losowość dodaje pieprzu, ale nie wywraca partii do góry nogami. Dalekosiężne strategie potrafią lec w gruzach po jednym, z pozoru niewinnym ruchu przeciwnika. Pieniądze, jak w życiu, są towarem deficytowym, więc niezbędne jest zaciąganie pożyczek, których raty zabolą jeśli szybko nie rozruszamy firmy. Podobno to Pret-a-Porter miało być idealnym symulatorem przedsiębiorstwa. Faktycznie Portalowa nowość jest świetna, ale Brass z nią zdecydowanie wygrywa…. i nie pozostawia jeńców!