Piękniejsze TOP10 vol. 2.0

Po raz kolejny obchodzimy dzień kobiet. Panowie jak jeden mąż wyruszą zasilić kasy kwiaciarni i cukierni. My będziemy łaskawie podarki przyjmować i obdarzać ich promiennymi uśmiechami. Proponuję też, żebyśmy bezczelnie wykorzystały ten piękny dzień i dały sobie chwilę wytchnienia. Oczywiście większość z nas dzisiaj ma masę obowiązków zawodowych, szkolnych i rodzinnych, ale wykorzystajmy tę atmosferę życzliwości i wygospodarujmy godzinkę lub dwie na własne przyjemności. Dom się nie zawali, dzieci z głodu nie padną, mężowie mogą się sami sobą zająć. Wierzcie mi, że wszyscy docenią naszą poprawę nastroju wywołaną zasłużonym odpoczynkiem. Zatem, drogie panie, zadanie na dziś brzmi – rzucam wszystko i skupiam się na sobie! Choćby na chwilę.

Można się domyślić jaką formę relaksu ja wybiorę. Zapewne zarządzę, że dzisiaj to ja wybieram planszówkę, która zagości na naszym stole. Pewnie będzie to jedna, a może nawet dwie z następujących pozycji. Już rok minął od mojej ostatniej topki ulubionych tytułów, a że mnóstwo nowych gier poznałam, to i sama rolka jest nie do poznania. Kilka pozycji utrzymało się wśród tych dziesięciu najlepszych, ale większość straciła miano tych moich najukochańszych. Zapraszam do zapoznania się z moją zaktualizowaną listą 10 ulubionych gier.

10. Tribune

Spadek z miejsca siódmego, ale tylko cztery tytuły utrzymały się na liście, więc sama obecność Tribuna na tym miejscu jest znacząca. Nadal świetnie mi się w to gra, mimo że jest to jedna z najdłużej obecnych u nas w domu gier. Mechanika jest zbliżona do tej z tzw. „ticketów”, ale przy Ticket to Ride nudzę się strasznie, a w „trybuna” chcę grać i grać. Niestety tego tytułu już dawno nie ma w sprzedaży i możemy go dostać tylko z drugiej ręki. Wielka szkoda.

Pełen opis gry popełniliśmy pod tym adresem.

9. The Networks

Trochę oszukańczy tytuł, bo zupełnie świeży w naszej kolekcji. Mamy go dopiero od trzech tygodni i zagraliśmy dopiero siedem partii. Niektórzy by powiedzieli, że to zdecydowanie za mało na trafienie do topki, ale cóż poradzę, że strasznie mi się ta gra spodobała i chciałabym, żeby ciągle lądowała na naszym stole. W The Networks wcielamy się w szefów stacji telewizyjnych i mamy za zadanie przyciągnąć jak najwięcej widzów. Przydatne okaże się zatrudnienie znanych gwiazd i kupienie praw do światowych hitów, np. Agents of S.H.A.M.P.O.O., czy Doctor What. Musimy też dobrze zarządzać swoim majątkiem podpisując intratne kontrakty z reklamodawcami. Wszystkiego twego dokonamy za pomocą prostej mechaniki zakupu i zagrywania kart. Zasady są przystępne, wręcz gatewayowe, a dają nam masę frajdy. Oczywiście może za kilka, czy kilkanaście partii okaże się, że moje płomienne uczucia zgasły równie szybko jak rozgorzały, ale o tym napiszę za rok.

8. The Expanse

W oczekiwaniu na czwarty sezon serialu, który tym razem zobaczymy na Amazonie, my dalej zagrywamy się w jego egranizację. Co prawda w zeszłym roku była na trzecim miejscu, a dziś przegrywa z aż siedmioma pozycjami, ale po prostu konkurencja wzrosła. Fenomenalna gra o politycznych przepychankach, walce o wpływy i kontrolę nad całym układem słonecznym, ciągle znajduje drogę na nasz stół. Siły Narodów Zjednoczonych sprawujące władze nad Ziemią, elitarne wojska Marsa, buntownicy z SPZ i tajemnicza korporacja Protogen raz po raz ścierają się w pełnej politycznych intryg potyczce. Mechanika jest wzorowana na tej znanej z Zimnej Wojny – mamy tor kart, z którego każdy z graczy wybiera jedną. Może ją zatrzymać na później lub natychmiast użyć. Karty dają nam specjalną akcję, która jest na nich opisana, albo punkty akcji. W przypadku wybrania tej drugiej możliwości pozostali przeciwnicy decydują zgodnie z kolejnością, czy chcieliby wykonać akcję, którą gracz aktywny wzgardził. Pozornie łatwa mechanika mieści mnóstwo możliwości i wymaga od nas uważnych ruchów i ostrożnych decyzji. Całość okraszona grafikami i wydarzeniami z jednego z moich ulubionych seriali to miłość od pierwszego zagrania. Pozostaje tylko czekać na zapowiedziany dodatek!

Pełną recenzję znajdziecie pod tym adresem.

7. Welcome to…

W recenzji Welcome to… Sebastian wspomina, że mogliśmy je poznać na pewnym konwencie, ale było tyle innych tytułów do ogrania, że woleliśmy zagrać w coś innego. Wpisywanie ołówkiem liczb na karteczce w trzech wierszach nie brzmi jak idealny przepis na świetną zabawę. Przy spokojnym podejściu do tej gry w domu okazało się, że jednak takim jest, i to świetnie przyprawionym. Może klimatu szalonych architektów usiłujących skorzystać z ruchu na rynku wywołanym baby boomem nie poczujemy. Może mamy zalew tego typu tytułów (każdy robi swój roll and write).  Ten jednak jest według mnie wyjątkowy. Daje możliwość kontroli losowości, wszyscy mamy przez całą grę takie same warunki i wynik zależy tylko od naszych ruchów. Zamiast kości ciągniemy karty, z których korzystają wszyscy gracze. Jeśli się zablokujemy to będzie to tylko nasza wina. Nasze partie zamykają się w dwudziestu minutach, przez co ta gra sprawdza się jako idealne zakończenie wieczoru planszowego, lub szybka, wieczorna potyczka. Na dodatek już niedługo doczekamy się tańszej, polskiej wersji! Serdecznie polecam.

Pełna recenzja pojawiła się tu.

6. Queendomino

Na szóstej pozycji znalazł się następca znanego Kingdomino. Bazuje on na jego mechanice, ale dodaje kilka znaczących i ulepszających grę zmian. Tak, jak w poprzedniku, będziemy tworzyć królestwo dokładając kafelki terenu wokół naszego zamku. Na tym kończą się podobieństwa, bo w nowości od Foxgames będziemy mogli dodatkowo stawiać budynki, zdobywać pieniądze, płacić smokowi za niecne przysługi i walczyć o względy królowej. Mechanicznie gra jest bardzo prosta i daje mnóstwo frajdy małym i dużym. Niedługo na blogu pełna recenzja.

5. Brzdęk

Może mroczne lochy przesycone zapachem stęchlizny to nie jest najlepsze miejsce na spędzanie relaksującego dnia kobiet, ale co z tego. Brzdęka uwielbiam, cenię go wyżej niż wersję kosmiczną i zawsze mam ochotę zmierzyć się z innymi złodziejaszkami myszkującymi w smoczych skarbach. Dla mnie jest to najlepszy deckbuilding na rynku, a jego połączenie z gra planszową wydaje mi się idealne. Wiem że popularna opinia twierdzi, iż szybki bieg po najbliższy skarb i powrót na powierzchnię to strategia wygrywająca, ale się z tym nie zgadzam. W naszych grach Sebastian próbował tego wielokrotnie i nigdy w ten sposób nie wygrał, niezależnie od liczby graczy, czy składu osobowego. Ciekawe co pokaże nadchodząca wersja legacy i czy będzie to pierwsza gra tego typu, która mi się spodoba.

4. Troyes

Troyes to bardzo ciekawy przypadek. Ogólnie nie jestem fanką losowości na kościach. Karciana mi tak nie przeszkadza, ale rzucanie workiem kostek i liczenie na dobry wynik – to nie moja bajka. Troyes stanowi chlubny wyjątek. Każdy gracz posiada tutaj własną pulę kostek w kilku kolorach i choć warto rzucać wysokie wyniki, to w tej grze da się też skutecznie wykorzystać te mniej szczęśliwe rzuty. Gra posiada też możliwość zabrania kostek przeciwnikom, w zamian za finansową rekompensatę. Pisałam już o bardzo sensownie zrobionym elemencie worker placementu i niesamowitej regrywalności? Niektórzy polubią też element ukrytych tożsamości, choć przyznam, że akurat ten aspekt nie jest moim ulubionym elementem. Troyes posiada też idealny dodatek na dzień kobiet – Ladies of Troyes, który również jest świetny.

3. Concordia Venus

Idealny dodatek do idealnej gry? Skoro znajduje się na najniższym stopniu podium to nie do końca tak jest, ale muszę przyznać, że nie spodziewałam się, iż Venus ocenię tak dobrze. Z punktu widzenia standardowej rozgrywki w Concordię, Venus dodaje nowe mapy – których oczywiście nigdy nie jest zbyt dużo – i nowy rodzaj kart. Bogini Venus punktuje za każdą prowincję z minimum dwoma naszymi domkami, a na swoich kartach posiada dwie funkcje do wyboru podczas zagrania karty. Ciekawa opcja, ale nie rewolucyjna. Co innego gra drużynowa! Jest emocjonująca, bardzo angażująca i idealnie skrojona na nasze potrzeby. Jeśli Venus zostanie wydany po polsku, to nie widzę powodu, żeby inwestować w zwykłą podstawkę. Drużynówka stała się standardowym sposobem rozgrywania naszych partii wieloosobowych. Jeśli ktoś narzekał na downtime w Concordii, to czym prędzej powinien wypróbować ten wariant. Rozgrywanie akcji z kart naszego partnera to mały przejaw geniuszu Maca Gerdtsa. Musicie spróbować.

2. Zamki Burgundii

Brunatno-szare grafiki, kiepskie wykonanie i prosta mechanika nie wydają się być przepisem na sukces. Nasze możliwości w turze determinuje rzut dwiema k6, których wartość pokazuje jakie akcje są w naszym zasięgu. Możemy kupić budynek, włożyć wcześniej kupiony na planszę, sprzedać towary lub dobrać dwóch robotników. Niby mało, ale cały geniusz tej gry tkwi w tym, że każdy z budynków ma swoje unikalne działanie, a żetony nauki mają dwadzieścia sześć różnych następstw. Regrywalność jest ogromna, ale i sama nauka gry nie zajmuje dużo czasu. Wszystkie akcje mamy rozpisane na planszy gracza, co znacząco ułatwia i przyspiesza grę. Mamy za sobą kilkadziesiąt świetnych partii i nadal chce nam się rozgrywać kolejne. Fenomenalna gra, która błaga o nową edycję ze zmienioną szatą graficzną. Może się takowej wreszcie doczekamy.

Pełna recenzja tutaj.

1. Dominant Species

Moja perła w koronie naszej kolekcji. Sebastian ma swojego Twilighta, a ja Dominanta. Z małym dzieckiem trudno sobie wygospodarować wystarczająco dużo czasu na partyjkę, ale gdy tylko się uda zwołujemy znajomych i gramy. Na razie graliśmy tylko w trzy-, czteroosobowe partie i wciąż musimy przetestować wariant dwuosobowy. Każda z partii była jednak epicka, walczyliśmy do upadłego. Prowadzone przez nas gromady zwierząt będą zaciekle walczyć o dogodne środowiska i przystosowywać się do zmiennych warunków. Ten, kto zrobi to lepiej, zapewni sobie nie tylko dominację na planecie objętej szponami epoki lodowcowej, ale także zwycięstwo w całej grze. Po pierwszej partii aż chcieliśmy krzyknąć – wreszcie! Wreszcie znaleźliśmy idealne połączenie euro z grą wojenną. Wreszcie mamy tytuł, który łączy moją i męża pasję i daje nam tyle samo radości. Oczywiście on zawsze wskaże na TI4, ale dla mnie grą idealną jest właśnie Dominant species. I wcale nie jest brzydkie!!!

Na koniec chciałabym dodać kilka słów o grach, które z topki wypadły. Zakazane gwiazdy prawdopodobnie by się na niej znalazły, ale nie grałam w nie od ponad roku! Nadal uważam, że jest to świetna gra, ale nie byłoby uczciwie wrzucać tytułu, w który nie udało się zagrać przez tak długi czas. Great Western Trail straciło po intensywnym ogrywaniu dodatku. Nie zrozumcie mnie źle, to nadal wybitna gra, ale zbyt dużo partii w zbyt krótkim czasie sprawiło, że w powyższą dziesiątkę mam ochotę grać dużo bardziej niż w pędzenie bydła. Smallworld zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. Jest to jedna z pierwszych gier, które poznałam (i najlepszy area control…). Niestety wyjechało do prawowitego właściciela i też nie udało się w nią zagrać przez ostatni rok. Star realms straciło swoją pozycję, bo nikt nie chce ze mną w to grać na żywo. Przez rok zagrałam tylko jedną partię (i 263 online). Downforce (Bolidy) i Gorączka Podziemnej Mocy po prostu przegrały z lepszymi.

Ciekawe co przyniesie kolejny rok. Już nie mogę się doczekać mnóstwa nowych tytułów. A tymczasem wszystkim Paniom życzymy wszystkiego co najlepsze, spełnienia planszowych marzeń i niestrudzonych współgraczy.